sobota, 27 listopada 2010

Inowrocław

Z Kruszwicy do Inowrocławia sunelim wczesnym listopadowym zmierzchem, mijając Przedbojewice i Tupadły. Się pomyślało, że inną porą, innego roku, jechało się w tym samym kierunku lecz w innym celu. Teraz cel był wszech miar radosny. Nad wyraz jedyny i szczególny. Spotkać się z Królową Pokoju. I Miłości. Wówczas, w kwietniu 2006 roku - by pożegnać przyjaciela najserdeczniejszego...
Z minuty na minutę szarość stawała się coraz bardziej przygnębiająca. 
Gdy Park Solankowy, przywitał mnie sterczącym dumnie pawiem-będącym jednocześnie zegarem słonecznym, przygnębienie jednak gdzieś uciekło.
Nie wiem, czy to wspomniany paw - symbol wieczności, nieskończoności, nieśmiertelności, zmartwychwstania i  wiosny sprawił. Tego nie wiem!. 
Wiem jedno!. Radośniej się zrobiło i serdecznie. Nawet miękki deszcz przestał padać. 
Obrało się kierunek jedyny ze słusznych - tężnie solankowe, by najeść się do woli słonego listopada.  Idąc ku nim, minęło się fontannę,
muszlę,
 generała,
i staw, by w końcu poprzez drewniany pomost dotrzeć do celu. 
Działanie tężni jest bardzo proste. Solanka jest pompowana na najwyższy poziom konstrukcji, po czym swobodnie spływa w dół po gałązkach tarniny ulegając przy tym odparowaniu. Wokół tężni powstaje aerozol. Nawet polizało się tu i ówdzie wystające patyczaki dla wzmocnienia efektu.
Nie zaprzeczę!. Moje postępowanie wzbudziło i pobudziło pragnienie, które zostało zaspokojone nad wyraz.
Zostało!. Ale zanim to nastąpiło, trzeba było przebyć jeszcze jeden etap. Zdobyć premię górską - Królową Kujaw...(cdn).

2 pisz śmiało:

Marcin pisze...

To chyba jedyne w Polsce tężnie, których nie widziałem na żywo.

Robert pisze...

No fajnie się zrobiło, tak podróżniczo...! Yeah!