Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nagi sad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nagi sad. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 listopada 2016

nagi sad (Krutla)

 "...Takiej ciszy potrzebował zwykle ojciec, aby powiedzieć dwa, trzy słowa. Ale bywało, że odkładał, co ma rzec, i na niedzielę. Chociaż najczęściej milczał. Lubił to swoje milczenie, w nim pomoc znajdował, otuchę, poradę, częściej niż u ludzi. 
Nie lubiłem, kiedy ojciec siedział i milczał albo szedł ze mną i milczał. Nie byłem wtedy w stanie spokojnie myśleć czy zająć się czymkolwiek, ani też na obojętność nie potrafiłem się zdobyć. Czułem się zmuszony do odgadywania tego milczenia, do snucia domysłów i podejrzeń , stawałem się czujny, nieufny, drażniło mnie to posępne milczenie i ciekawiło zarazem. Wydawało mi się, że obojętne z wyglądu, przemęczone i nijakie, pełne jest jakiejś ważnej mowy, przeczuć i zaklęć, przepowiedni, udręczenia, jakiejś mądrości własnej, którą taił przed światem, i że chodzi w nim o mnie..."
Okolice strzelnicy w Krutli. 
Tekst Wiesław Myśliwski.

niedziela, 13 listopada 2016

nagi sad (słychać, jak mróz bierze na noc)

"...A gdy musiał już coś rzec, co go dręczyło, nosił się z tym zwykle do spokojnego czasu; żniwa przeczekał, orki i siewy, bo kto ma taka cierpliwość jak on, nie czasem siebie mierzy, ale spełnieniem. I tylko do wieczoru miał zaufanie, gdyż do tych paru swoich słów potrzebował ciszy niezmąconej, jaka jedynie z wieczorem nastaje, ciszy w izbie, obejściu, we wsi, bo tylko cisza godna jest słów, tylko w ciszy słowa znaczą to, co się przez nie pragnie. 
A kto zna dobrze wieczorną ciszę, ten wie, że się ta cisza sama wsłuchuje w człowieka, w jego milczenie, w myśli, życzenia. W tej ciszy słychać, jak stół stoi, jak obrazy wiszą na ścianach i jak garnki obsychają na kuchni, a mleko zsiada się w gliniakach, słychać, jak mróz bierze na noc i ogień stygnie pod blachą, jak się nafta w lampie z płomieniem liże, a pisklęta klują się z martwoty w opałce pod stołem. W takiej to ciszy rodzą się przeczucia, szmery przemieniają się w przestrogi, a senność w śmierć..". 
Tekst: Wiesław Myśliwski
Kadry z wczesnego poranka z okolic Adamowa.

środa, 9 listopada 2016

nagi sad (wierzył tylko milczeniu)

"...Czasem wmawiam sobie, że wierność moja jest mu teraz bardziej niż za życia potrzebna, bo ocalała nie tylko pamięć po nim, ale i to nieodgadnięte pragnienie jego, na które cierpiał jak na chorobę, po którym może niczego więcej się nie spodziewał prócz mojej właśnie wierności.
Nigdy się zresztą nikomu nie zwierzał, ale już taki był, skąpy w mowie, nieumiejętny w piśmie, bał się słów, że go oszukają, choć jego własne i wierzył tylko milczeniu, tej jedynej niekłamanej możliwości wyznania..."
 

niedziela, 6 listopada 2016

nagi sad (mało i wiele zarazem)

"...Sam sobie zresztą wybrałem tę uległość wobec jego wiary we mnie i z niej, mogę powiedzieć, żyję po dziś dzień, ona stanowi jedyną moją ostoję i moje dożywocie. Nie potrafiłbym się już z niej wyzwolić, choć wiem, że zostawił mi wolną wolę, swobodę, z której mógłbym bez uchybienia mu skorzystać i przynajmniej u kresu życia zostać sobą, lecz to wszystko przecież, co mam po nim, a tym samym po sobie - mało i wiele zarazem..."

Tekst: Wiesław Myśliwski.
Kadr z Parku w Wolsztynie.

czwartek, 8 września 2016

nagi sad (czy to nie czas już na mnie?)

"...Droga była przecież długa i monotonna, dłuższa od tej, którą tak dobrze znałem, dłuższa niżbym przemierzył ją piechotą z zajdami pościeli na plecach i kuferkiem w ręku. Można było zapomnieć, że się dokądkolwiek jedzie, a zgodzić się tylko na to, że się w ogóle jedzie. To ten koń wyniosły tak rozwlókł tę drogę. Do tego jeszcze upał pastwił się nad nami jak nad duszami potępionymi, żeśmy się mało co do siebie odzywali, bo nie tylko słowa, ale myśli nawet najbłahsze męczyły jak zmartwienie. Ziemię czuć było przypalenizną, choć ojciec usprawiedliwiał ją, że zawsze tak pachnie, gdy zboża dojrzewają. A gdyśmy w końcu dojechali na to wzgórze przed wsią, skąd wieś było widać jak na dłoni, nie odwrócił się nawet do mnie, zatrzymał tylko konia, a może koń sam stanął od myśli jego, bo nie zauważyłem czy lejcami ruszył, czy tylko zgodził się w duchu z koniem. I rzekł:
- To już wieś. 
Nie mam do niego urazy. Nie potrafię sobie jednakże darować, że mu wtedy uległem. Popełniłem wobec niego przecież oszustwo, z którego zdawałem sobie sprawę, lecz nie miałem odwagi się przyznać. To nie on skazywał mnie na swoją wiarę, to ja jego na złudzenie, które tak srodze w końcu zemściło się na nim. 
Długi czas żyłem w przeświadczeniu, że się poświęcam dla niego jak syn dla ojca, że mu miłość oddaję za miłość, wierności mu dochowuję jedynie, aby nie czuł się tak bardzo bezradny. A cóż mogło być godniejszego niż uległość? Niczego przecież w życiu nie zaznał oprócz pragnienia. Zgodziłem się więc, aby uwierzył we mnie, ale we mnie z tego jego świata snów i prawd swobodnych, w to moje nieprawdziwe odbicie w nim, tak jak tego pragnął. Nie przypuszczałem nawet, jak ciężko mi będzie z tą świadomością jego wielkiej wiary we mnie - zwłaszcza gdy jego już nie stanie - wiary tak zachłannej, jakby nie o mnie szło, lecz o dobytek, ziemie, zbawienie.
A może tak naprawdę to nie istniałem nigdy jako ten, który poczucie swojego istnienia z siebie bierze, bo nie stać mnie było nawet na sumienie własne, czułem się tylko jako uosobienie tej jego wiary, jako jej cień i słońce, jako ten, który przyszedł na świat jedynie po to, aby tę wiarę zaświadczyć, bo myślę, choć gorzko mi z tym, że nie tyle we mnie wierzył, ile dzięki mnie.
Czułem się zwykle winny, ile razy przyszło mi do głowy, że mógłby z mojego powodu tę wiarę utracić. Toteż uległość moja, jak sobie niekiedy schlebiam, wyrozumiałość, była równie nieludzka co jego wiara. Ale w końcu jemu zawdzięczam i tę uległość, o której mogę powiedzieć, że była jedyną moją cnotą i zasługą, a to przecież nie tak mało, jeśli się zważy, że dzięki niej mogę całe moje życie przypisać do jego życia, w przeciwnym razie nie mógłbym o sobie nawet tyle powiedzieć. 
Nie mnie sądzić, czym w końcu okazała się ta jego wiara: spustoszeniem czy może ocaleniem od upokarzającej przypadkowości, ale czuję się trochę zmęczony, jakbym życie miał nieco przydługie a bogate w radości, strapienia, nadzieje, i dziwnie dawny się sam sobie wydaję, dawniejszy od niego, mojego ojca. Czy to nie czas już na mnie? Może w ten sposób starość daje znać o sobie? Chociaż gdyby to tylko starość, tęskniłbym zapewne za spoczynkiem, ulgą. Nic tak przecież zmęczenia nie koi jak śmierć, przytulniejsza od pierzyny..."
Tekst: Wiesław Myśliwski.
Kadry z plaży w Ustroniu Morskim.

niedziela, 4 września 2016

nagi sad (bo dyszel pierwszych chałup już dostawał)

Jeszcze kilka kadrów ze wschodniego brzegu Jeziora Drawsko. 
"...Od samego początku czułem, że to wszystko jest nieprawdziwe, zmyślone, chociaż może jedyne, co nam pozostało. Dlatego smutno mi było, choć piękna, słoneczna pogoda zachęcała do radości, do beztroski, do miłości własnej, a gdyśmy znaleźli się prawie we wsi, bo dyszel pierwszych chałup już dostawał, ogarnął mnie jakiś strach, nie tyle przed ciekawością ludzką - przez którą, jak przypuszczałem, mieliśmy się przedzierać niczym przez gąszcz jakiś, chociaż na szczęście robota wymiotła ludzi w pola jak zaraza i wieś, martwa z żaru, opustoszała, że nawet psa nie uświadczył, ani ptactwa żadnego a siedzący tu i ówdzie na przyzbach dziadkowie, mruczący pacierze, już do innego świata należeli i nawet koń nasz ich nie obudził - ani nawet strach przed ciekawością stworzeń, domów czy drzew, ile strach przed moim własnym życiem, jakby odtąd dopiero miało się zacząć naprawdę. Strach nie taki wcale wzniosły, żebym się miał nim chwalić. Zwyczajny, pospolity, jaki czułem zwykle, gdy chodziłem do plebańskiego sadu na jabłka, a nie tak nawet bałem się gospodyni księżej, psów czy parobka, jak księdza odmawiającego brewiarz gdzieś między drzewami.
Może w ten dzień powrotu właśnie po raz pierwszy zrozumiałem, że będę musiał chronić ojca, aby nigdy nie utracił owej wiary, która sobie gniazdo w nim uwiła. Że zdał się bezwiednie na moją wyrozumiałość, a nie wiedziałem jeszcze wtedy, czym ona jest, a więc na moją dobrowolną uległość, której starałem się, jak mogłem, poddawać w miłości do niego, z czego jedno tylko pocieszenie dla siebie brałem, że łatwiej być silnym niż uległym. 
A przecież mogłoby się wydawać, że to ja jestem w jego opiece, że myśli i oka ze mnie nie spuszcza, żyjąc w wiecznym wzruszeniu nad moim zwykłym, marnym istnieniem, i że to jedno bez reszty wypełnia mu życie. 
Warował na tym swoim przednim siedzeniu, abym czuł się jak pan, a gdyśmy wjechali w wieś, obejrzał się na mnie, jakby dla dodania mi otuchy, czy też i jego samego strach zdjął, bo skąd ja mógłbym mieć jeszcze siłę, żeby się bać - to raczej zmęczenie mnie obezwładniło, jak to teraz sobie przypominam..."
 Tekst: Wiesław Myśliwski.

piątek, 26 sierpnia 2016

nagi sad (to się kiedyś zemści)

"...- Skąd ten koń? - spytałem z wyrzutem i w tej samej chwili zląkłem się, że ojciec zechce mi rzetelnie odpowiedzieć, aby ośmieszyć moją podejrzliwość. 
Udał jednak, że nie słyszy. Wyciągnął spod siedzenia jakąś szmatę i zaczął troskliwie ocierać konia z potu. 
- Jak to się zgrzał? Jak to się zgrzał?! - wyrzucał sobie z goryczą. - A przecież nie goniłem go. Jechałem, jak sam chciał. Mijać się dawałem, aby go tylko nie ugrzać. I mijali mnie, bo widzieli, że koń czemuś związany. Ho, ho, jak mnie mijali. Jak wściekłe psy, a mnie nawet złość nie wzięła, żeby go batem choć trącić za to mijanie. Podcinali konie i wołali na mnie. "Z drogi!" I baby mnie z Bogiem zostawiały, choć same ledwo szły. I nawet kulas jakiś zrównał się ze mną. Ale niech im będzie.
A po chwili:
- Siądziesz tam. Siedzenie ci wyszykowałem. Popatrz! Drogi nie poczujesz. Będziesz siedział jak na bryczce. Dwa snopki słomy położyłem, żeby wyżej było, i owsianej, żeby miękko. Wieś całą zszedłem za tą słomą, a patrzyli ludzie na mnie jak na pomyleńca. Żytniej już nie mają, po pszennej nawet pamięć się nie ostała, chałupy obdzierają na sieczkę, stworzeniu nie ścielą. I derkę matka pożyczyła u księżnej gospodyni. Trzeba będzie księdzu za to gnoju porozrzucać... - mówił jakby od niechcenia, z większym zajęciem obcierają spocone boki konia. 
Potem reptuch z dyszla odpiął i rzucił na wóz. A gdy powiedziałem, a właściwie prawie krzyknąłem, że nie usiądę na osobnym siedzeniu, nie przerwał wcale obrządku. Najspokojniej w świecie głaskał wyniosły, podrażniony pysk konia, przygotowując go do uzdy, potem złapał jak szponami za chrapy i jednym ruchem przewlókł wędzidło przez zęby. I klepnął ten pysk w podzięce. 
- Nie zrobisz mi tego - powiedział. - Jak by to wyglądało, żebyś razem z furmanem siedział.
Nic nie powiedziałem. Właściwie nie miałem co powiedzieć. Moje słowa nie miały już żadnego znaczenia. Powiedział wszystko i za siebie, i za mnie. Chociaż wiedziałem, że nie powinienem mu ulegać, bo przeczucie podpowiadało mi, że to się kiedyś zemści, może nie zaraz, lecz kiedyś, w jakimś czasie, który stamtąd trudny był nawet do wyobrażenia, kiedyś tam, gdy zagrażać mi będą już tylko wspomnienia, napastliwe jak osy, że śmierć nawet potrafią zatruć, a cóż dopiero życie.
- No, zbieraj się - powiedział takim tonem, jakby i jemu było nielekko. 
Wlazł na wóz, wstrząsnął siedzenie i klapnął pośrodku, nie zostawiając mi miejsca koło siebie. Potem odpętał lejce z kłonicy, wziął bat i czekał w pogotowiu. A mnie zrobiło się przykro, sam sobie wydałem się śmieszny, żeby nie powiedzieć marny. Czymże była ta moja nierozumna młodzieńcza szlachetność wobec jego upokorzenia. Nie potrafiłem nawet tego pojąć, że nie pożyczył ani konia, ani wozu, ani derki, ani słomy na sedzenie, abyśmy sił sobie oszczędzili. Nie stać go było na taki koszt.
- Nic na to nie poradzisz, że tak już jest - powiedział. - Nawet ksiądz z Panem Bogiem nie siedzi razem z furmanem. Furmanowi przez to nie ubędzie, a Bogu przybywa. Bo cóż by powiedzieli o takim, co razem z furmanem siedzi - że tylko szkoda konia. W takim ani znaczenia, ani żółci. I furman nic z tego nie ma, gdy takiego wiezie. 
Stałem oparty o latry i zwlekałem. Ten stan zwlekania, bierny i nijaki, do niczego nieprowadzący, wydał mi się błogosławiony - gdybyż go można tak zatrzymać na stałe.
- Nie myśl, że nie wiem, o co ci chodzi - powiedział nagle zniecierpliwiony ojciec, odwracając się do mnie. I zaraz usuną się na drugi brzeg siedzenia, robiąc mi miejsce koło siebie, i nie ponaglił mnie więcej ani słowem, ani zniecierpliwienia już nie okazał. Wyjął kapciuch z machorką, skręta sobie uwił, zakurzył i zaczął się światu przyglądać od niechcenia, tak mnie zmusił, że nie usiadłem obok niego, lecz na tym przeznaczonym dla mnie tylnym siedzeniu. Szarpnął lejcami i ruszyliśmy..."
 
Tekst Wiesław Myśliwski.
Kadry z 21 sierpnia 2016 - ulica Garbarska w Wolsztynie.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

nagi sad (wyglądałem go jak kania deszczu, a dusza mszy)


"...Wyglądałem go już od wczesnego rana. Najpierw w podnieceniu, które tego ostatniego dnia udzieliło się nawet martwym sprzętom, a potem z niepokojem, bo miał przyjść najpóźniej w południe. Wyglądałem go jak kania deszczu, a dusza mszy. Tym bardziej że wszyscy zdążyli się już rozjechać, jeden przed drugim, aby nie odjeżdżać jako ostatni, a po sobie zostawili pustkę jak po morowym powietrzu, w której rad nierad zostałem sam z tym dręczącym i coraz dłuższym czekaniem na niego.
Opustoszały pokój zdawał się świadczyć, że mieszkańcy uciekli z niego w popłochu. Wszędzie walały się jakieś papiery, kartki z książek, słoma z sienników, jakieś strzępy i śmiecie, a ściany i sprzęty, przytulne dotąd, odarte teraz były ze wszystkiego. Miałem wrażenie, że pokój obnażył się przede mną aż do wstydu, poodsłaniał swoje ułomności, kalectwa, zniszczenie swoje i starość. Te wszystkie zadrapania, pęknięcia, pajęczyny, kurze, mrok w kątach i stęchlizna okazały się prawie ludzkie. Pewnie dlatego czułem się dziwnie obco, tym bardziej, że już południe minęło, a ojca wciąż nie było.
Wreszcie zjawił się, ale nie ten sam, tknęło mnie to od razu. Wszedł w drzwi z gotowymi słowami, bo zanim zdążyłem się podnieść z łóżka na jego widok, powiedział:
- Przyjechałem po ciebie, synu. - I popatrzył na mnie, oczekując tej mojej radości, którą sobie przez drogę ułożył.
- Jak to? - spytałem zdziwiony.
- Koniem - rzekł, a uśmiech zadrgał mu na twarzy. - Chodź, wyjrzyj na dwór.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Chwyciłem się jakiejś mglistej nadziei, że może żadnym koniem nie przyjechał, tylko tak sobie wymyślił, ażeby się potem pośmiać trochę ku rozweseleniu, a trochę gorzko. I nawet gdy już zobaczyłem tego konia, który stał przed domem uwięziony w zwykłym wozie - uwięziony, nie zaprzęgnięty - i oganiał się przed upałem karą smugą ogona, jeszcze się broniłem, chociaż sam nie wiedziałem dlaczego.
Czułem na sobie przenikliwy wzrok ojca, słyszałem prawie, jak bardzo pragnął, abym się pogodził, jak mnie tym swoim pragnieniem obłaskiwał, zagadywał, prosił, i mimo, że zdawałem sobie sprawę z niedorzeczności mojego sprzeciwu, broniłem się jeszcze, może nawet nie tyle przed ojcem, ile przed samym zaskoczeniem, bo nie lubiłem być zaskakiwany, nawet wtedy, gdy miało to na celu sprawienie mi większej przyjemności, odczuwałem je jako przemoc, jako podpatrzenie, rozpoznanie mojej słabości, a nawet wtargnięcie poza granice samopoczucia, gdzie się na ogół człowiek siebie już nie spodziewa, lecz gdzie każdy jest już domysłem, czyimś osądem, wyobrażeniem czyimś, a więc mimo woli sobą..."