piątek, 15 października 2010

Miłość, czyli życie, śmierć i zmartwychwstanie

W dniu 26 kwietnia 1984 roku "poznałem"...w Poznaniu, na prapremierze widowiska zatytułowanego: "Miłość, czyli życie, śmierć i zmartwychwstanie zaśpiewane: wypłakane i w niebo wzięte przez  Edwarda Stachurę" - Edwarda Stachurę. 
Od tamtego dnia, wszystko się w moim życiu zmieniło. 
Wszystko.
Powiedziałem to dziś Jackowi. 
Koncert, który śpiewająco - wypowiedział, był tą Kolacją, na którą czekałem od 26 lat. Ba! Kolacji tej bym nie zjadł, gdyby nie moja Fiolka!
Dziękuję!
Jacek, zanim podpisał "historyczny" program, chwilę myślał. 
Dojrzałem drżącą rękę.
- to dwadzieścia sześć lat już - powiedział, ale wtedy się bałem...napomknął,
- a córka połknęła bakcyla po tacie? - zapytał,
- tak - odpowiedziała twierdząco Patrycja.
Dzisiejszy koncert, obcowanie z niezwykłymi ludźmi uświadomił mi, że wiele czasu trwonimy na bezsensowne konflikty, zamiast skupiać się na rzeczach zasadniczych.
I dopiero, kiedy umierają, stwierdzamy, że już jest za późno...

5 pisz śmiało:

K-aha pisze...

Są takie posty, które nie potrzebują komentarza...
Pozdrawiam !

Robert pisze...

Ciekawy wpis... I taki sentymentalny, melancholijny i filozoficzny zarazem.

Marcin pisze...

No, wiadomo, zawsze jest "za późno".

Iva pisze...

To prawda, że skupiamy się na rzeczach często nieistotnych, a pomijamy to, co upiększyłoby nas samych i nasze życie. Często obok przechodzimy wielokroć, lecz tego nie zauważymy. Czasem jednak ten jeden raz otworzy nam oczy szeroko i przestajemy być ślepi. Dla tego jednego razu warto żyć.
Cudowny wpis...

blogniedzielny pisze...

a moze kazdy z nas jest niezwykly na swoj sposob tylko my tego nie widzimy a moze czasami nie mamy wplywu na to gdzie i z kim przystajemy a czasami sie okazuje ze ci niezwykli sa bardzo zwykli tylko my im dodajemy jakiejs dziwnej otoczki :)