poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Krajobraz po bitwie

Ostatnią taką zawieruchę pamiętam z lat 1984-1987, dokładność moja czasowa jest i tak bardzo wąska, zważając na brak jakiejkolwiek informacji o tamtej zadymie atmosferycznej w posiadanych przeze mnie pismo-czasach. Wiem, że są tacy co pamiętają, lecz milczą na ten temat. Etam. Niech sobie milczą. Ja za nimi też będę milczał...
Zatem, pomiędzy rokiem 1984 a 1987 zawierucha nad Wolsztynem zrobiła swoje, zwalając na ten przykład dachówki z domów (łał)...chałupek dachówkowych. Było to wiosną - piękną...wolsztyńską...wczesną.
Dojca z zielonego mostku na ulicy Rzecznej.

Zaczęło się jakoś w nocy, około 2:00, 1:30, albo 2:30. Doprawdy zegar był ostatnim urządzeniem, na które bym spojrzał (nie spojrzałem), gdyż (lelum polelum) wiatr plus woda powodowało nieokiełznane zjawisko para.
Tną gałęzie załamane na chałupkę. Ulica Rzeczna. Wolsztyn.

Z uwagi na miejsce zamieszkania, mój sen był wielce nieuregulowany (najwyższy punkt w Wolsztynie, wiatry łomójboże) dzisiejszej nocy...ba!!! Czy sen był ?.
 Ulica Rzeczna w kierunku na Promenadę.

Mammamia jak to w tej piosence Anni, Agnethy, Benniego i Bjerna. O mammamia. Co to się działo. Nie dosyć, że człowiek mieszka na największej wyżyźnie, to jeszcze upatrzył sobie najwyższe piętro. Niczym jakiś orzeł. Bielik albo inny sęp. Szarzyński...(i nie miłować ciężko i miłować...nędzna pociecha).
 Ulica Rzeczna. Pierwszy po lewej dom od zielonego mostka w kierunku na Promenadę.

Wietrzno-deszczowe szaleństwo ustało po około trzydziestu minutach. Tenże fakt pozwolił mi zapuścić lekkiego komara. W głowie jednak miałem programy typu National Geographic w których upominano o złowrogiej ciszy przed atakiem wtórnym.
 Promenada nad Jeziorem Wolsztyńskim, z nową nawierzchnią. W kierunku ulicy Rzecznej.

Atak wtórny oczywiście nastąpił, przedstawiając się subtelno-delikatnym waleniem kropel deszczu o szyby.
 I podobnie jak wyżej, tylko wew. Zbliżeniowym klimacie.

Puk. Puk. Stuk, stuk uspał mnie do tego stopnia, że rankiem ciężko było. Oj przeciężko. Wstać. Stuk, puk. Puk, stuk.
 Olszyna spowojowanie-złamana. Za śmierdzącym rowkiem w lewo ku Wolsztyńskiemu. Patrząc. Jenziorowi...jak to mówią w Żodyniu.

Człowiek jednak, to wodoodporne zwierzę i wiatrochłonne. Z wiatrem we włosach pognałem rankiem na dwóch nogach ku służbie narodu. W zanadrzu oczywiście stowarzyszyła mi moja torba-nierozłączka.
 Wlot tamowy, na wysokości Alei Głównej Parkowej. Po drugiej stronie widoczne zabudowania Bielnika.

Z tą torbą, sierpniowym popołudniem, 2010 roku, udałem się w pieszym odwrocie do miejsca zamieszkania.
Tutej w oddali widoczna balustrada przy "nibymostku", nad wartkim (z uczucia) - rowkiem śmierduśniczkiem, krojącym Wolsztyn na pół ( w bardzo zresztą elegancky sposób).


Ostatnią taką zawieruchę pamiętam z lat 1984-1987. Przedostatnią. Ta zeszłej nocy cholera wie skąd przyszła. Cholera też wie gdzie poszła.
Promenada od strony mola w kierunku Parku.


No i najgorsze...
Nie wiadomo kiedy wróci.

4 pisz śmiało:

Marcin pisze...

No, nie ma to jak ekstremalne przeżycia we własnym domu.

Robert pisze...

Ostatnia fotka bardzo interesująca.

anjax pisze...

oj było ostro, miałam nadzieję że dodasz jakieś zdjęcia po tym burzowym oszołomie:D chociaż i tak w Wolsztynie było ostrzej niż u mnie...

holka polka pisze...

moja mama w KArpicku przez 1.5 dnia nie miała prądu i całe szczęście, że spadająca gałąź nie uszkodziła nam samochodu:)