niedziela, 24 lipca 2011

Ocalić od zapomnienia (wspomnienia Jana Tomińskiego) - część szósta

"...Młodsza siostra matki – Agnisia (Rzepa), wielu miała amantów. Żaden jej się nie podobał. W końcu wybrała rzeźnika Serwę (Józefa), który początkowo pracował w gospodarstwie żony w Borui. Wnet je sprzedał i osiadł w Siedlcu jako rzeźnik, gdzie wybudował dom z urządzeniem masarniczym. Ojciec i matka moi nie byli radzi ze sprzedaży gospodarstwa. Jeszcze przed ożenkiem, gdy gospodarzył dziadek Rzepa (Stanisław 1836-1906), wybuchł pożar w gospodarstwie. Zdaje się, że spaliła się stodoła i nawet dom.
Chałupa w Borui. Niestety nie wiem, gdzie znajdowało się gospodarstwo Stanisława Rzepy.
Do odbudowy dopomogła rodzina. Rodzina Rzepów z Nowej Wsi pod Zbąszyniem z której pochodził ojciec matki. Kupili nowy zegar ścienny, który otrzymała matka po sprzedaży gospodarstwa. 
Jako chłopca, mogłem mieć cztery lata, zabrali mnie rodzice do Borui. 
To zapewne tą drogą przyjechał Jan Tomiński ze swoimi rodzicami (Janem i Marianną).
Boruja od strony Tuchorzy.
Mglisto przypominam sobie dziadzię. Zdawał mi się wysoki, trochę pochylony. Stało na podwórzu jakieś grube drzewo z którego pnia wyrastały latorośle. Pod płotem znalazłem dwie małe buteleczki. Bałem się je zabrać. Schowałem je w leżące obok rury, zdaje się od pieca. Później widziałem buteleczki wyrzucone, a rury były na wozie ojca. W czasie sprzedaży gospodarstwa rodzice zabrali krosna z całym urządzeniem i inny drobny sprzęt. Pamiętam, że były jakieś dzwonki wielkości dużej filiżanki. Miały to być dzwonki od owiec. Był też nóż zakrzywiony do wyrzynania węzy z kószek. Były też szafy i skrzynie.
Dzwonek i nóż o którym Jan Tomiński pisał. Są w moim posiadaniu.
Babcia (Marianna Rzepa z domu Waligórska, ur. 1845-?), zamieszkała u syna Michała (Rzepy, ur. 1870-1923) w Niałku Wielkim. Raz po raz mieszkała i u nas (w Siedlcu). Nie pamiętam kiedy dziadzia zmarł. W ostatnim czasie zamieszkał u Sióstr Zakonnych w Wolsztynie (Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo) i tam zmarł (podobno rak na języku). 
Serwa uruchomił rzeźnictwo w Siedlcu. Miał konia. Skupował w okolicy świnie do uboju a z wyrobami jeździł do sąsiednich wiosek aby je sprzedać (m.in. do Kiełpin). Chętnie u niego kupowano, miał dar do sprzedaży ale i towar miał dobry. Raz zabrali mnie rodzice (Jan i Marianna) ze sobą do Serwy. Widziałem wędzące się kiełbasy i szereg dzieci i kobiet z dzbankami po kiszczonkę. Zdaje się, że otrzymywali bezpłatnie. Dwa razy ojciec (pamiętam) przyniósł dużą głowę (prawdopodobnie krowią) i rozcinał na kawałki. Jednego wieczoru ojciec i matka wybierali się do Siedlca (do Serwy). Wybiegłem za nimi wołając: „przynieście mi karmelków”. Wtem przewróciłem się w ciemnej kuchni na drewniane wiadro od świń. Przecięło mi nad okiem dość głęboko. Długie lata pozostał ślad – blizna.
Ojciec nieraz dostarczał drzewo do wędzenia. W Siedlcu jednak Serwa długo nie był. Sprzedał dom i wraz z żoną wywędrowali do Berlina. Siostra matki pamiętam, przyszła z dzieckiem na ręku (Martą) na pole gdzie rodzice z nią długo rozmawiali (prawdopodobnie o sprzedaży rzeźnictwa). Później nieco matka wysyłała jej nowo uszytą suknię od krawcowej koloru ciemnozielonego, układaną w fałdy przyfastrygowane.
I w Berlinie nie zagrzali miejsca. Wywędrowali na Śląsk. Ze Śląska przywędrowali do Kębłowa. 

Droga do Kębłowa od strony Świętna.
Tam Serwa prowadził rzeźnictwo. W dzień przed odpustem w Kębłowie przyjechał Serwa pijany. Po wejściu do mieszkania zwalił się na ziemi; o świecie nie wiedział. Ciotka (Agnieszka) musiała go rozebrać, żeby ułożyć w łóżku. Przy tym porządnie mu nabiła po "pysku". W jednym miejscu miał dość duży siniec. Na drugi dzień wstał trzeźwy. Golił się patrząc w lustro.
- Agnieszko zawołał , chodź jeno, patrz co ja to mam - wskazując na siniec,
- No co - odrzekła – musiałeś w coś tryknąć, gdy wczoraj byłeś nażłopany. Uwierzył.
Zalepiła mu siniec plastrem. Przed swoim mieszkaniem urządził stoisko i sprzedawał wyroby wesoły. Gdy jakiś interesant zwrócił mu uwagę na siniec zalepiony zażartował: "panna mnie wczoraj ugryzła".
Pamiętam jak sprzedawał – rodzice wtedy zabrali mnie do Kębłowa na odpust. Nieraz do pomocy, jak i tym razem pojechała (moja) siostra Bronia (Tomińska, ur.1891-1969, niezamężna) nieraz i Frania (Tomińska, ur.1893-1978, niezamężna). Bronia nauczyła się wyrobów masarniczych. 
Z Kębłowa pociągnęli Serwowie do Kargowy. Tu już (Józef Serwa) nie prowadził samodzielnego warsztatu, tylko pracował w większym przedsiębiorstwie. Przede wszystkim skupował towar  do uboju. Posiadał żyłkę handlarską. Ojciec nie mówił na niego inaczej jak „ten cygun”.
Już z Kargowy przyjechał do ojca kupić świnię (pamiętam przyjechał wozem przykrytym grubą siatką zaprzężonym  w dwa konie). 

Józef Serwa zapewne jeździł wozem podobnym do tego po lewej. Zdjęcie ze Skansenu w Wolsztynie.

Ubrany w długi szarobrązowy płaszcz z batem w ręku grubym, mówił głośno ochrypłym głosem (przepitym). Handlował się długo. W końcu (zabrał) wypłacił ojcu należność z dużego skórzanego worka na stół układając pieniądze w rzędzie. Załadowali świnię na wóz. Gdy już był na wozie, zwrócił się do ojca i powiedział:
- Junek ! Alem, cię oszukał o talara!. Podciął konie i odjechał. Ojciec zły na niego mówił do matki :
- cygun cygański, jeżeli oszukał to mógł już ten pysk trzymać (nie mówić o tym).
Serwa pił coraz więcej. Ciotka miała z nim wiele kłopotu. 

Kiedyś z załadowanym wozem świniami, jechał do domu. Było już ciemno. On pijany usnął na wozie. Konie same szły. Przez otwartą bramę wjechały na cmentarz. Szły przez groby i wreszcie stanęły.
Raz gdy był pijany, ale jeszcze trochę trzeźwy, gdy ciotka mu docinała słowami, zaczął ją gonić z nożem masarniczym. Uciekła, zamknęła się w pokoju.
Kiedyś gdzieś byli na weselu. Upił się i zesrał, ale chodził dalej. Ciotka poczuła. Zabrała go na strych i przy kominie wytarła mu spodnie.
Kiedyś zaś lekarz zapisał lekarstwo – po parę kropel. On wypił całą zawartość buteleczki – nic mu nie było.

Główna ulica Niałka Wielkiego w kierunku Obry. Do dziś mieszka w nim Jerzy Rzepa, wnuk Michała, brata mojej prababci Marianny Tomińskiej.
Z Kargowy przywędrowali do Wolsztyna. Objęli rzeźnictwo i gościniec na narożniku ulicy 5 Stycznia – narożnik od ulicy (Dr Kocha). Tu gospodarzyli dwa tygodnie. Wybuchła I wojna światowa. Poszedł na wojnę zaraz w pierwszych dniach. Jeszcze przed odejściem trochę awanturował, bo koniecznie chciał mieć kaczkę upieczoną na drogę. Wkrótce potem zmarł na „cukrową chorobę”. Przez wojnę ciotka mieszkała w Wolsztynie w małym domku przy ulicy 5 Stycznia naprzeciw rzeźnictwa pana Bocera przy uliczce Wodnej. Dziś tego domu już nie ma. 
Jan Tomiński nieco mylił się w tym opisie. Sklep mięsny p. Bocera, znajdował się faktycznie przy ul. 5 Stycznia (dziś jest tam sklep spożywczy-zdjęcie wykonano przed wejściem ). Ubojnia zaś znajdowała się przez czas jakiś naprzeciw sklepu, mniej więcej na terenie obecnego Domu Rzemiosł, przy ul. Słodowej. Uważam, że dom w którym mieszkała Agnieszka Serwa znajdował się w rejonie obecnego sklepu z artykułami AGD, przy ul. Słodowej, widocznego na zdjęciu a dokładnie pomiędzy tym budynkiem a szaletami miejskim (tutaj niewidocznymi).
Ulica Wodna znajduje się w całkiem innym miejscu Wolsztyna.


Miała troje dzieci: Martę, Manię i Jasia. Otrzymywała rentę po mężu. Z żywnością były trudności. Matka ile mogła, wspomagała. Ojciec raz zwrócił matce uwagę:
- dajesz, miała gospodarstwo, to przefurtaniła,
- bądź cicho – jak mieli toś kiełbasę jadł, ...odtąd ojciec już więcej nic nie mówił.
Jeszcze w trakcie sprzedaży gospodarstwa w Borui, rodzice byli przeciwni a zwłaszcza ojciec : wyraził się, "że wyjdą na dziady” (bo sprzedają ojcowiznę)...(cdn.)

Autor wspomnień, mój dziadek Jan Tomiński (1901-1974). Jak widać nieobce były jemu lustrzanki. Druga z lewej Helena Tomińska z d. Reymann (1899-1960), moja babcia. Pozostałe dwie osoby są mi nieznane.

4 pisz śmiało:

JOLANTA pisze...

Bardzo ciekawa saga rodowa.
Tyle różnych wspomnień.
Pozdrawiam serdecznie i zapraszam.

Robert pisze...

Bardzo ciekawy ten krajobraz z chałupką na pierwszym zdjęciu. Widzę, że i Twoje rejony muszę (kiedyś) odwiedzić.

Marcin pisze...

Niesamowicie się czyta te historie. Dzięki, Marcinie.

chalupczok pisze...

Nawet nie wiecie jak mi miło :)
Dzięki.