czwartek, 30 października 2014

O co chodzi z tymi dyniami?

Mój dobry kolega Gie - przepada za kompotem z dyni (zresztą sam do koneserów tego trunku należę). Kilka lat temu pytał znajomych, czy nie mają jakiejś na zbyciu (dyni). 
Mój inny dobry kolega Bo - ale też, zarazem kolega Gie - nie wiem czy dobry, jako jedyny zareagował i podał swoją pomocną dłoń mówiąc:
- przyjedź do mnie w sobotę, tak koło dwudziestej, to coś będę dla Ciebie miał (pora była jesienna tak jak za oknem).
Gie przyjechał zgodnie z umową, mało tego, poprosił swojego dobrego znajomego Te - ale już nie mojego dobrego kolegę i nie dobrego kolegę Bo, by służył jako kierowca i z butelką zerosiedem absolwenta za "poskiem", za trzy minuty dwudziesta zapukał do drzwi. Bo - otworzył drzwi, przeklął swoją kurmalnością, zamarudził, że "czymu tak późno", po czym powiedział:
- jedźcie za mną.
Jechali około dziesięciu minut - Bo, swoim czerwonym kombiwozem, za nim Gie z kierowcą Te - srebrną dwójką. Gdy zatrzymali się na poboczu, Bo zaświecił w pole latarką i powiedział:
- wybierz sobie ile chcesz, tylko szybko, bo to pole sąsiada.

Gdy kilka dni temu przejeżdżałem obok pola z dyniami w rejonie Rakoniewic, przypomniała mi się ta historyja a w szczególności Bo, którego będę musiał chyba odwiedzić...tylko skąd wziąć kierowcę...

2 pisz śmiało:

krzysztof t pisze...

wstyd i chanba aby przykladac sie do kradziezy..

chalupczok pisze...

krzysztof t - to rzecz bezsporna, że "przykładanie" się do kradzieży to wstyd a może i hańba. To co opisałem jest jak najbardziej prawdziwe, a zakończenie tej eskapady, miało swój koniec - inny niż to sobie wyobraziłeś a o czym celowo nie dopowiedziałem. Okazało się bowiem, że "sąsiadem" Bo jest jego brat, który zezwolił jemu rozdysponować dyniami jak swoimi. Zresztą, pojechaliśmy do niego po wszystkim...ale to już nieważne...myślę, że uspokoiłem Ciebie - pozdrawiam :-)