Siedząc na pomoście, na wolsztyńskiej plaży (patrzyłem oczywiście w stronę Karpicka),
podpłynęła do mnie napędzana czterema nogami łódź. Z jej pokładu usłyszałem zapytanie od dowodzącej statkiem :
- "to pan prowadzi tego bloga o Wolsztynie?" - przytaknąłem głową z uśmiechem...stałem się rozpoznawalną osobą, pomyślałem sobie (jak to mówią: w duchu).
Niesamowicie cholernie miła chwila.
Pofrunęły bańki mydlane z roweru wodnego,
ja poszedłem do trzcin,
słysząc w oddali Dżem...i stałem się królem.
Nad Jeziorem Wolsztyńskim. W Wolsztynie.









