Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skansen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skansen. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 listopada 2016

Ale mgła. Co z mgłą?

"...Ale co z mgłą? Co robić z mgłą i jakie są do niej narzędzia? Siekiera przecież nie, bo w tej mgle zawisa. I wisi siekiera we mgle. O, mgła stawała mi przed oczami często, często—gęsto jak sześć razy sześć trzydzieści sześć. Wystarczyło mi na chwilę zapomnieć się, zawieruszyć się, a już mgła opadała mnie z góry, ale przeważnie z dołu wyrastała, z mchu, z trawy, z nagiej ziemi, jakby opoka, na której w danej chwili stałem, podziurawiona była cała jak sito, usiana cała dziurami i z tych dziur sączyła się w górę mgła, i stałem, i patrzyłem, jak nikną, toną mi w tej mgle stopy najpierw, płynąłem na chmurze, ale inaczej niż zazwyczaj, teraz zapadałem się, tonąłem w tej chmurze, a nie chciałem tego, bałem się tego bardzo; wiec stopy najpierw, potem do kostek przypadała mgła, do kolan i wyżej pięła się po mnie, już po pas byłem w niej zanurzony, we mgle we mgle, już po pierś, we mgle we mgle, wyrzucałem ręce do góry, jak to robi tonący, bo mgła już była na wysokości ust, pełne usta  mgły, już na oczach ją miałem, pełne oczy mgły, tonęła głowa moja biedna, we mgle we mgle, a mgła jeszcze wyżej pięła się, po moich wyrzuconych w górę rękach, po łokciach do przegubów i do ostatnich wskazujących palców, co wskazujących? kogo wskazujących?, czułem jej dotyk, taki trochę wodny dotyk, łaskotanie takie jedwabiste, jakby się leciało, spadało w przepaść wypełnioną po brzegi jedwabiem..."
Teks Sted
Kadr: wolsztyński wiatrak

piątek, 13 marca 2015

Kozusia, kozusia, puść dydusia

Tak a propos....bardzo mi kozio.
Link czynny dziś, jutro i w niedzielę. Do Łódzkiej YAPY.
Meeee

czwartek, 12 marca 2015

Owczy pęd

Skansen Budownictwa Ludowego Zachodniej Wielkopolski w Wolsztynie, przy ulicy Bohaterów Bielnika 26.

poniedziałek, 9 lutego 2015

śniegobieganie

o tym, że spięło się te dwa miejsca jedną klamrą wczoraj, a w zasadzie trzy miejsca; miejsce początek, miejsce koniec i miejsce najbardziej na północ od początku ale też i od końca oddalone, spięło się je w jedną klamrę, po tym jak pięć centymetrów śniegu spadło w nocy, nad ranem i o poranku, a po to się je spięło, tymi dziesięcioma tysiącami kroków, po to by nie narzekać, by nie jęczeć, by nie marudzić, by połknąć jak najwięcej słońca bezpowrotnie

Na jedynce: skansen w Wolsztynie, przy ulicy Bohaterów Bielnika, na dwójce rzeka Dojca powiedzmy na Ruchockim Młynie w kierunku południowym.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Wiatrak odwócony czyli...

Wolsztyn ma nowego Lisa!!!
Wojtku! Gratuluję Tobie wyboru na Burmistrza mojego miasta!!!
Wiatrak na wolsztyńskim skansenie, stojący niecodziennie w tej pozycji względem chorzeminway.

piątek, 22 sierpnia 2014

Wiatraczarnia

O wolsztyńskim wiatraku, którego zabolały ramiona i trzeba je pomasować.
Bonus podróżno-zagadkowy. Co wystaje z plecaka chalupczakowatego i dlaczego jest to przez niego wożone?

niedziela, 18 maja 2014

Deszczościsk

O tym, że razem z pogodą rozłożyłem się na czynniki pierwsze i każdy z nich leży obok mnie i każdy z nich jest z osobna ściskany w imadle złego a ja to wszystko czuję znakomicie i ciemno mi się już powoli zaczyna robić przed oczyma.
Kadr górny fotokomórkowy - dzisiejsza ulica Bohaterów Bielnika w Wolsztynie przez szybę przednią, na wysokości skansenu - u dołu zza szyby bocznej powlekanej deszczem ulewnym - wiatrak na tymże.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Zielona zima

...i to bielnikowo-wolsztynowa.

poniedziałek, 25 marca 2013

Kichnij no, Zdzichu

"...Jasny dzień był zatem więc. Nałożyłem józwy, czyli gumowce, otworzyłem na oścież pojedyncze okna izby, bo okna były pojedyncze, gdyby się ktoś pytał, nie podwójne z ochronną watą między szybami. Stojąc chwilkę przy oknie, kilka wstrząsających szarpnęło mnie dreszczy. Zimno było. Wiadomo. Zostawiłem szeroko otwarte okno i poszedłem się umyć do dawnej kuchni, gdzie stała miska na blacie dawnego pieca, a przy ścianie wiadro z wodą, też dawną, pokrytą warstwą wiecznego kurzu. Wyszedłem na dwór, wylałem dawną wodę na zamarzniętą gnojówkę i naciągnąłem nowej wody ze studni, co w ogródku była. Kiedy kręciłem korbą, a linka nawijała się na wałek, pomyślało mi się zdrowo, nie jest ze mną tak źle, więc pomyślało mi się zdrowo, żeby się umyć tu, na dworze. Przy studni. I tak co dzień. Co rano. Chyba, żeby hulała zawieja albo sypał gęsto śnieg.
Skoczyłem po mydło i ręcznik, i szybko wróciłem. Wiadro z wodą odstawiłem trochę na bok, żeby nie nachlapać przy studni i nie robić przy niej ślizgawicy. Zdjąłem sweter i powiesiłem go na korbie, zakasałem wysoko rękawy koszuli, podwinąłem kołnierz na szyi, pierś dzielną szeroko odsłoniłem, mocno, że tak powiem, rozdekoltowałem i zacząłem się myć nachylony nad wiadrem. Po chwilce wyprostowałem się, zdjąłem całkiem koszulę i znowu nachyliłem się nad wiadrem. Najpierw pochlapałem się wodą, woda lodowata była, potem namydliłem się, potem znowu się chlapałem, nacierając ostro skórę. Parskałem przy tym, ach, uch, tururum ła, brrr, prychałem rozgłośnie i inne wydawałem te słynne rytualne dźwięki przy ceremonii przepięknej mycia się porannego w zimnej lodowatej wodzie. Potem nabrałem powietrza, wsadziłem mordę, czy jak kto woli: oblicze, do wiadra i wypuściłem powietrze, tak jak się to robi, prychając ustami; powietrze bąbelkami wyskakiwało na powierzchnię, woda wychlapywała się z wiadra, potem wyprostowałem się i zacząłem się mocno wycierać ręcznikiem, parskając cały czas, achając, uchając, tururając i tak dalej, i tak dalej, i akurat przypomniało mi się fantastyczne i na zawołanie, sztuczne kichanie Zdzicha, szliśmy ulicą i ja mówiłem: kichnij no, Zdzichu, bo coś smutno, i Zdzich jak nie kichnie, to ludzie wychodzili na balkony, czasami ładne dziewczyny i „sto lat”, „sto lat” sypało się na nas z góry jak kwiatów deszcz, więc przypomniało mi się akurat to i do tego wszystkiego jeszcze śmiać się zacząłem, ech, Niagara, nic tylko w tych kaskadach zastygnąć...".
Chata olenderska w wolsztyńskim Skansenie.
Tekst Sted.

niedziela, 15 lipca 2012

Niedziela w skansenie

"Miesiąc lipiec musi przypiec i ostatki mąki wypiec". Takie przysłowie reklamowało dzisiejszą już cykliczną imprezę, która odbyła się na terenie Skansenu Budownictwa Ludowego Ziemi Wielkopolskiej, przy ulicy Bohaterów Bielnika 26 w Wolsztynie. Mąka została wypieczona w piecu przez Jana Niewiadomskiego, gorzej z tym przypiekaniem, gdyż około 15:30 ponownie tego lata luchnęło jak z cebra. Przed deszczem schowałem się we wiatraku do którego zmuszony byłem wchodzić dwukrotnie - "tata idziemy do wiatraka?"...
Z dziką rozkoszą spędziłem  w skansenie bite dwie godziny, miejscu, którym zaraził się na dobre mój najmłodszy syn. Bo o to przecież chodzi. O zarażanie tym czym trzeba.
Dla mnie impreza świetna. Jak placek na młodziach...jak browary regionalne, jak muzyka ludowa, jak...Wolsztyn.
 

wtorek, 29 maja 2012

W-niebo-wzięty (część startowa)

Do zachodu słońca było jeszcze dobre półtorej godziny. Jechałem na podchorzemińskie pola czarnym "tałregiem" zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami pierwszego stratega balonowego na Wolsztyn - Romana Bauty. To on do mnie zadzwonił. Poinformował, że. 
Zamysł był taki, by czterema balonami zaatakować miasto od północno-zachodniej strony. Nie mogłem odmówić. Już nie. Wystarczy, że odmówiłem raz a potem z dobre dwa razy Łukaszowi. Łukasza spotkałem już na miejscu. Gdy rozstawialiśmy bombowce cieplne. Podszedłem do niego by się przywitać. Powiedziałem jemu, kto jest najpiękniejszy. 
Powiadają, że kobiecie się nie odmawia. Dziś, teraz, w tej minucie wiem, że nie odmawia się tym co latają. Na balonach. Nie! Źle piszę. Nie latają! Ten wyraz nie wyraża. Abolutnie. Sedna. Balonem się nie leci. Balonem się pływa. To taka łódka puszczona w parkowym stawie. Sen na jawie. Podróż przez ciszę. Dmuchawce z dzieciństwa. To Biała Lokomotywa...
Trzymałem dzielnie podstawę czaszy z Wojtkiem Lisem, gdy dmuchawa zapodawała powietrze. Trzymałem dzielnie gdy palniki odezwały się szumiąco dodając oliwy do ognia. Aż łzy poleciały mi po polikach. Wojtkowi smary, bo uczulony na trawsko jest. Apsik. 
Gdy nasz BeDeeR stanął dęba, padła komenda do wozu. Koszyk mały, wiklinowy, ze słusznej witki musiał-niemusiał pomieścić nas troje. Do tego cztery pięćdziesięciolitrowe butelki gazowe. Dobre obciążenie na niski lot, pomyślałem. Wcale nie był niski jak się później okazało. Kosz balonowy posiada w jednej z bocznych ścian otwór na "buta". To w niego wsuwa się stopę, chwyta za rurkę co nad głową i gotowe. Na pokładzie. SP-BDR to taki solo-dubeltowy balon. Do szybkich przelotów. Dla lekkiego "towaru" przewożonego.Miałem obawy czy da radę...
Romek otwierał przepustnicę co po chwilę. Balon ni chuchu. Przyczepiony odciągiem do samochodu w końcu wygrał. Wtedy zaczęła grać muzyka...
Start nastąpił około 19:20, dnia 28 maja 2012 roku, na polu pomiędzy Wolsztynem a Chorzeminem, za działkami ogrodowymi. SP-BIKiem dowodził Dawid.
SP-BERem sterował Jędrzej.
Pierwsze skrzypce na "czerwonym" grał Mirek.
Jeden z moich pierwszych wzroków powędrował oczywiście na wyspę "Takatuka", czyli wolsztyńską Tumidaj.
Droga do Chorzemina.
Wolsztyński, skansenowski wiatrak.
I oczywiście wolsztyński łysol a przed nim Garbarnia.
Jutro polecę dalej.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Sierpniowe spotkania

Muzeum Regionalne w Wolsztynie w dniu 14 sierpnia br., zaproponowało spotkanie na skansenie, mieszczącym się przy ulicy Bohaterów Bielnika 26 w Wolsztynie oczywiście. Pogoda sierpniowa nad wyraz dopisała. Impreza niekoniecznie reklamowana, przyciągnęła sporo luda, mówiącego po polsku, francusku, angielsku a przede wszystkim poznańsku. Wejściówka kosztowała całego franka, czyli 4 złote. Dzieci wstęp miały wolny, bo dzieciom to wypada folgować. Zwłaszcza w temacie ukochania przeszłości. Przy wejściu, bez lipy, każdy otrzymał bilecik, kartę z sierpniowymi przysłowiami jak i gminną miesięczną gazetkę. Lubię bardzo to miejsce. 
Można było pomłócić cepem, pogadać z ojcem pszczół, wypić piwko, 
wyprać spoconą koszulkę a nawet majty, 
pokuć żelazo póki gorące, wypić piwko, 
potkać na krośnie, 
porozmawiać o wiatrakach, 
upiec chlebuś, zjeść pajdę upieczonego chlebusia ze smalcem i ogórkiem (kiszonym), 
posłuchać Dubhajagi, 
posztrykować, 
usiąść pod brzózką, 
nakarmić kozę, 
wypić piwko, pobeczeć  i pomeczeć, wypleść koszyk z wikliny i uprząść nić z beee albo meee. W ogóle można było wszystko, nawet wsiąść może nie do pociągu ale na rower (pod warunkiem, że się wcześniej nie wypiło piwka) -
w wielce radosnej, ciepłej, rodzinnej i swojskiej atmosferze. 
Na koniec można było bocianów sierpniowe spotkanie dojrzeć, sejmikiem zwane, nad kępą chorzemińską zwołane i ku stacji w Tuchorzy umykające.
 Cóż! Taka kolej losu. Lata dobiega koniec. Jednak cieszyć się trzeba, gdyż jak to u nas na wsi mówią : "lepsze jedno lato niż dwie zimy".