Mój dobry kolega Gie - przepada za kompotem z dyni (zresztą sam do koneserów tego trunku należę). Kilka lat temu pytał znajomych, czy nie mają jakiejś na zbyciu (dyni).
Mój inny dobry kolega Bo - ale też, zarazem kolega Gie - nie wiem czy dobry, jako jedyny zareagował i podał swoją pomocną dłoń mówiąc:
- przyjedź do mnie w sobotę, tak koło dwudziestej, to coś będę dla Ciebie miał (pora była jesienna tak jak za oknem).
Gie przyjechał zgodnie z umową, mało tego, poprosił swojego dobrego znajomego Te - ale już nie mojego dobrego kolegę i nie dobrego kolegę Bo, by służył jako kierowca i z butelką zerosiedem absolwenta za "poskiem", za trzy minuty dwudziesta zapukał do drzwi. Bo - otworzył drzwi, przeklął swoją kurmalnością, zamarudził, że "czymu tak późno", po czym powiedział:
- jedźcie za mną.
Jechali około dziesięciu minut - Bo, swoim czerwonym kombiwozem, za nim Gie z kierowcą Te - srebrną dwójką. Gdy zatrzymali się na poboczu, Bo zaświecił w pole latarką i powiedział:
- wybierz sobie ile chcesz, tylko szybko, bo to pole sąsiada.
Gdy kilka dni temu przejeżdżałem obok pola z dyniami w rejonie Rakoniewic, przypomniała mi się ta historyja a w szczególności Bo, którego będę musiał chyba odwiedzić...tylko skąd wziąć kierowcę...