"...Wśród tej wiecznej partyzantki, tej przerzucanki raz tu, raz tam, raz w góry, raz w doliny, nawiedzała mnie czasami chęć rzewna, tkliwa i przemożna. Myślałem więc czasami, że nie byłoby tak źle, jakby tu powiedzieć, nie byłoby tak źle, gdyby zechciało popłynąć z oczu trochę słonych łez. Myślałem czasami, że nie hamowałbym tego wcale, gdyby tak przerwała się tama. I parę razy jednak przerwała się i popłakał sobie jeden w cichości zakamarka. Parę razy długo ściekało jednemu po policzkach. On tego nie hamował. On tego nie powstrzymywał. Bo to było jak puszczanie krwi. Jak pijawki albo cięte bańki na plecach. Puszczanie krwi. Było jej za dużo i przelewała się przez ochronne wały...".